text.skipToContent text.skipToNavigation
background-image

Wampir von Reymont, Wladyslaw Stanislaw (eBook)

  • Verlag: Ktoczyta.pl
eBook (ePUB)
3,49 €
inkl. gesetzl. MwSt.
Sofort per Download lieferbar

Online verfügbar

Wampir

Akcja tej powie?ci grozy rozgrywa si? na pocz?tku XX wieku w Londynie. Zenon - g?ówna posta? utworu - jest emigrantem z Polski. Odnosi sukcesy literackie. Szcz??ci mu si? tak?e w ?yciu osobistym. W?a?nie zar?czy? si? z pi?kn? Betsy. Jego ?ycie komplikuje si? niespodziewanie w momencie, gdy za namow? przyjaciela postanawia pój?? na seans spirytystyczny. Tajemny ?wiat okultyzmu wci?ga go bardzo szybko. Podczas jednego z seansów poznaje hinduskiego guru oraz pi?kn? i tajemnicz? Daisy. Zafascynowany rudow?os? pi?kno?ci? coraz bardziej ulega jej urokowi. Za jej po?rednictwem kontaktuje si? z duchami oraz staje si? ?wiadkiem satanistycznych rytua?ów. Jego sytuacja jeszcze bardziej si? komplikuje, gdy do Londynu przybywa dawna jego ukochana Ada. ' Wampir ' to powie?? niepokoj?ca, pe?na zjawisk paranormalnych. Znakomicie oddaje ducha tej pe?nej spirytyzmu epoki. Jest równie? ?wiadectwem g??bokiego zainteresowaniu pisarza okultyzmem.

Produktinformationen

    Format: ePUB
    Kopierschutz: watermark
    Seitenzahl: 210
    Sprache: Polnisch
    ISBN: 9788379035601
    Verlag: Ktoczyta.pl
    Größe: 2395 kBytes
Weiterlesen weniger lesen

Wampir

Rozdzial I

Wszystkie swiatla pogasly; tylko miedzy oknami w zielonawej, krysztalowej kuli mzyl sie rozpierzchly, ledwie dojrzany plomyk, jak gdyby swietojanski robaczek, trzepoczacy sie w ciemnosciach.

Cisza zapadla nagle, cisza pelna dreczacego oczekiwania.

Siedzieli z przyczajona uwaga, skupieni az do martwoty, a pelni szarpiacego niepokoju i ledwie powstrzymywanych dygotów trwogi.

Czas plynal wolno w przerazajacym milczeniu, w dlawiacej okropnej ciszy trwoznych przeczuwan, ze jeno niekiedy jakies stlumione westchnienie wionelo w ciemnosciach, podloga zatrzeszczala, az drgneli gwaltownie, to nierozpoznany szelest, jakby lot ptaka, okrazal ich glowy, lopotal po pokoju, wial chlodem na rozgoraczkowane twarze i marl w mrokach rozlkanym szelestem...

...I znowu przeplywaly chwile dlugie jak wieki, chwile milczenia dreczacego i oczekiwan.

Naraz stól drgnal, zakolysal sie gwaltownie, uniósl w powietrze i opadl bez szelestu na podloge.

Lodowaty dreszcz wstrzasnal sercami... ktos krzyknal... ktos zalkal nerwowo... ktos zerwal sie jakby do ucieczki... palace tchnienie trwogi przewialo w ciemnosciach i zaklebilo sie w duszach bolesnym, meczacym drzeniem, ale wnet przygaslo wszystko, zdlawione przez straszne pragnienie zjaw...

O cud blagaly trwogi wszystkie i dusze rozpiete w bolesnej tesknocie.

Cisza stala sie jeszcze glebsza, powstrzymywano oddechy, tlumiono strachliwe bicie serc, wytezano cala sile woli, aby nie zadrgnac, nie szepnac, nie poruszyc sie, nie patrzec nawet i martwiec w takiej cichosci, ze ruch jakiegos zegarka przewiercal serca bezustannym, bolesnym dygotem i bil w skroniach ciezkimi mlotami.

Szum gluchy, belkotliwy a rozwiany i daleki, jakby morza odplywajacego, wrzal monotonnie za oknami, deszcz zacinal bezustannie, brzeczal cicho i po zapoconych, szarzejacych szybach splywal nieskonczonymi sznurami paciorków i szemral sennie, szemral lekliwie; to wiatr obijal sie o szyby i ze zduszonym, zalosnym krzykiem obsuwal sie martwo po scianach, a potem jakies drzewa, podobne do strzepiastych chmur, drzewa slepe i nieme nachylaly sie cicho do okien, chwialy sie cieniem ledwie uchwytnym jak sen nieprzypomniany i jak sen przepadly w mrokach.

A pokój wciaz byl gluchy, niemy i przepastny jak otchlan, tylko ten zielonawy plomyk niby gwiazda odbita w czarnej topieli drgal ustawicznie, rozpryskujac sie swietlista larwa, jakby spod wody sklebionej, albo jakies spojrzenie zamigotalo rozwianym plomieniem i wnet marlo w ciemnosciach metnych, pelnych nieuchwytnych, zaledwie wyczutych falowan, niedojrzanych ruchów, drgan niepokojacych, szeptów zmartwialych, konajacych polysków i przyczajonej, dygocacej trwogi...

Stól znowu wyrwal sie spod rak, roztracil siedzacych, uniósl sie gwaltownie i z hukiem padl na swoje miejsce... lancuch rak sie przerwal, zerwalo sie kilka okrzyków, ktos skoczyl w bok do swiatla...

- Cicho... na miejsca... cicho! - zabrzmial rozkazujacy glos.

Rece splotly sie znowu w lancuch nieprzerwany, przymilkli z nagla, ale juz nikt nie potrafil pokonac nerwowego drzenia, dlonie sie trzesly, serca dygotaly i dusze przelatywal wicher swietej trwogi, pochylano sie nad stolem, jak nad niepojeta, tajemnicza istota, której ruch kazdy byl cudem widomym, cudem zywym.

Joe, przewodniczacy, zaczal szeptac modlitwe, a za nim roztrzesionymi wargami powtarzano coraz predzej, coraz mocniej, iz ciemnosc rozbrzmiewala szmerem lotnym, namietnym, wyrwanym spod serc, z glebi dusz olsnionych... Slowa padaly rozwiane, plonace wiara, wiotkie jak tchnienie, a potezne zadza objawien, pragnieniem cudów...

Naraz z drugiego pokoju czy z glebi jakiejs rozbrzmial przytlumiony glos fisharmonii.

Jek zamarl w gardlach scisnietych, dusze padly w senny lek jakby przed skonem, nikt bowiem nie czekal tej muzyki, nie wiedzial, skad plyna te tony, nie rozumial, zali to dzwieki zywe czy oman slodki?...

Opadli piersiami na stól, bo

Weiterlesen weniger lesen

Kundenbewertungen