text.skipToContent text.skipToNavigation
background-image

Kwiat lotosu von Rodziewiczówna, Maria (eBook)

  • Verlag: Ktoczyta.pl
eBook (ePUB)
3,49 €
inkl. gesetzl. MwSt.
Sofort per Download lieferbar

Online verfügbar

Kwiat lotosu

Rafal Radwan to elegancki i przystojny mlodzieniec. Nie przywiazuje sie do miejsc i ludzi. Slabszymi od siebie gardzi. Kobiet nie szanuje. Laknie przygody i wyzwan.Na co dzien Radwan studiuje medycyne. Po wakacjach nie wraca jednak na swoja uczelnie. Straciwszy pasje do nauki, postanawia ruszyc w swiat. Wyjezdza wraz ze swoim kolega ze studiów Adamem Lachnickim. Obaj mlodziency opuszczaja Polske z przeswiadczeniem, ze juz nigdy do niej nie wróca. Pracujac, przemierzaja kontynenty, poznaja Azje i Ameryke, staja sie prawdziwymi traperami. Po osmiu latach Rafal sam wraca do kraju, gdzie niespodziewanie spotyka Leonke. Niegdysiejsza gimnazjalistka wyrosla na przepiekna mloda kobiete. Zostala lekarzem. Oboje sa calkiem innymi ludzmi niz kilkanascie lat wczesniej. Ich fascynacja - tym razem wzajemna - staje sie ladunkiem wybuchowym tragicznych zdarzen. ' Kwiat lotosu ' to ksiazka, która warto przeczytac.

Produktinformationen

    Format: ePUB
    Kopierschutz: watermark
    Seitenzahl: 202
    Sprache: Polnisch
    ISBN: 9788379033454
    Verlag: Ktoczyta.pl
    Größe: 2459 kBytes
Weiterlesen weniger lesen

Kwiat lotosu

Rozdzial I Szpakowaty, ale jeszcze krzepki obywatel pial sie mozolnie na strome, ciasne i od powstania swego niemyte schody ogromnej kamienicy.
Na kazdym przesle przystawal, ocieral pot z czola, siegal do kieszeni obszernego plóciennego kitla, wydobywal odwieczne, w róg oprawne okulary i nalozywszy je na nos odczytywal na drzwiach nazwiska mieszkanców.

- Szelmowskie schody! - mruczal pod wasem. - Przecie to nie tutaj jeszcze... Wybuduja, panie, chalupe jak wieze Babel i konca nie ma, i rozumu zgola. I to sie nazywa pieknosc i wielkie miasto. Uf!

Po tej skardze rzuconej niebu i scianom chowal okulary, odsapywal i szedl dalej, monologujac z cicha.

- A pisal mi blazen, ze bardzo wygodnie i porzadnie mieszka! To, panie, porzadek i wygoda! Przeszedlem osiem kawalków tej drabiny, a jesli nie dojde do obloków, to juz chyba, panie, Bóg nie laskaw. Ha, ale to upal! Mówia, panie, ze na pólnocy biegun, czyli to globus, z lodu! Jade, jade no i, panie, dojechalem do takiej spieki, jaka u nas i w kanikule nie bywala! Ladny, panie, biegun, co! Klamia, panie, te ksiazki, z roku na rok gorzej klamia i nie wiem, na czym sie to skonczy! Uf!

Stanal. Znowu troje drzwi mial przed soba; brudy i upal rosly w stosunku bliskosci obloków. Jegomosc dobyl znowu zbawczych szkiel i jal sylabizowac pierwsze nazwisko z brzegu.

- Stefan Grzybowski - wyczytal.

- A to, panie, postny czlowiek! Na suche dni niezawodnie swieci swego patrona.

Posunal sie w rotacyjnym ruchu na prawo.

- Adam abuski - stalo na blasze.

- Nie znam, panie, nie z naszych stron.

- Wiktoria Brzeza! - bilo z daleka w oczy na trzecich i ostatnich drzwiach, a pod spodem, biala kreda na brudnych deskach, ktos smialo i wyraznie rzucil rysunek legendowego pelikana krwawiacego dziobem wlasne piersi dla nakarmienia zglodnialych dzieci, jeszcze zas nizej stal szesciowiersz:

Pani Brzezowa

sadowa wdowa,

panna Brzezina

cudna dziewczyna,

kto mi nie wierzy,

niech w dzwon uderzy.

Stary odczytal wszystko, palcem dotknal pelikana i, widocznie niedowiarek, wedle rady rymowanej, zadzwonil.

- A to, panie, huncwot jakis, tak sprofanowac bialoglowe - burczal chowajac okulary. - No, alem trafil! Blazen sie schowal jak lis w nore; wykopalem. Ho, ho, dowiem sie o paniczu calej prawdy!

Na dzwiek dzwonka wewnatrz powstal piekielny halas. Prym trzymal piskliwy glosik pudla czy pinczera, wtórowal dyszkant kobiecy i lomot zamykanych drzwi i odsuwanych sprzetów. Wszystko zblizylo sie ku niemu.

- A to, panie, dmuchnalem w ul! - zauwazyl.

- Leonka, Leonka! Ktos dzwoni! - wolal glos kobiecy przeciaglym bialoruskim akcentem. - Odeprzyjze drzwi, bo ja wlasnie szoltonosami zajeta! aczek, bedziesz ty cicho!

Ale aczek wcale byc cicho nie myslal, tylko wrzeszczal wnieboglosy; natomiast z glebi rozlegly sie kroki i u drzwi ucichly.

- Leonka, Leonka! Czyzez ty nie slyszysz! Odeprzyj drzwi; to moze który z panów na obiad!

- A czymze otworze - odparl mrukliwie drugi glos.

- Jakze to to czym? Kluczem to przecie?

- Kiedyz klucza wcale nie ma.

- Jezusie! Mario! Jak to klucza nie ma! A gdziezez by sie on podzial! Poszukajze, dziecko, bo ja wlasnie szoltonosy na wode puszczam! aczek, poczekaj, dam ja tobie, dam!

- Gdziez mam szukac, kiedy go nie ma! - odparl obojetnie drugi glos. - Pewnie pan Feliks wzial go z soba!

- Co ty gadasz! Nie moze byc! Nic beze mnie sie nie obejdzie! A któz to dzwoni?

- Nie moge widziec przez deski!

- To spytajze sie! Albo nie, poczekaj! Juz sama ide. Ach, Boze, gdziez to mój czepek! Leonka, nie widzialas czepka? Tylko co lezal ot tu na krzesle i juz go nie ma. Okropnosc, jak w tym domu wszystko ginie! Nigdy w innych mieszkaniach tego nie bywalo; takie widno zalozenie feralne, Jezus!!!

Pauza, i wnet podniósl sie zalosny lament aczka, targanego snadz za uszy

Weiterlesen weniger lesen

Kundenbewertungen