text.skipToContent text.skipToNavigation
background-image

Na marne von Sienkiewicz, Henryk (eBook)

  • Verlag: Ktoczyta.pl
eBook (ePUB)
3,49 €
inkl. gesetzl. MwSt.
Sofort per Download lieferbar

Online verfügbar

Na marne

' Na marne ' to debiut beletrystyczny Henryka Sienkiewicza z 1872 r. Powie?? osnuta jest na tle ?ycia m?odzie?y uniwersyteckiej w Kijowie. G?ówny bohater, Józef Szwarc, studiuje medycyn?. Sienkiewicz realistycznie opisuje ?ycie studenckie. Przy okazji powie?? krytykuje na pozytywistyczn? mod?? powierzchowny romantyzm m?odzie?y polskiej i pokazuje wy?szo?? pracy organicznej nad patriotycznymi mrzonkami.

Produktinformationen

    Format: ePUB
    Kopierschutz: watermark
    Seitenzahl: 131
    Sprache: Polnisch
    ISBN: 9788379038084
    Verlag: Ktoczyta.pl
    Größe: 2310 kBytes
Weiterlesen weniger lesen

Na marne

Rozdzial pierwszy - Otóz i Kijów!
Tak mówil do siebie mlody czlowiek nazwiskiem Józef Szwarc, wjezdzajac do starozytnego miasta, gdy rozbudzony formalnosciami rogatkowymi ujrzal sie niespodzianie wsród ulic i zabudowan miejskich.

Serce zadrgalo mu radosnie: byl mlody, darl sie do zycia, wiec tez wciagnal w szerokie pluca, ile mógl, swiezego powietrza i z wesolym usmiechem powtórzyl:

- Otóz i Kijów!

Buda zydowska toczyla sie z wolna, podskakujac na wystajacych kamieniach. Szwarcowi sprzykrzylo sie siedziec w niej pod przykryciem z plótna, kazal tedy ydowi skierowac sie do najblizszego zajazdu, a sam szedl obok piechota.

Potoki ludzi, jak zwykle w miescie, plynely w rozmaite strony, sklepy blyszczaly wystawa, powozy mijaly sie jedne z drugimi, kupcy, generalowie, zolnierze, zebracy, mnisi snuli sie przed oczyma Szwarca. Dzien byl handlowy, miasto wiec przybralo typowy widok tego rodzaju zbiorowisk. Tu nic nie bylo na darmo: zaden ruch, zadne slowo nie zdawalo sie byc zmarnowane. Kupiec za handlem, urzednik za urzedem, zlodziej za oszustwem - wszystko gonilo przed siebie z jakims wyraznym celem, wszystko pchalo przed siebie zycie, myslac o jutrze, dazac do czegos... a ponad tym gwarem i ruchem unosila sie atmosfera goraca i slonce zarówno odbijalo sie w blyszczacych szybach gmachów, jak w pierwszym okienku.

- A to zawierucha! - myslal Szwarc, który nie byl nigdy w Kijowie ani w zadnym wiekszym miescie. - To zycie!

I zadumal sie nad szalona róznica miedzy ciasnym zyciem w malym miasteczku, a szeroka scena dzialania w wielkim, gdy wtem z zadumy wyrwal go znany dobrze glos:

- Dalibóg Józef!

Szwarc obejrzal sie, popatrzyl kilka chwil na czlowieka, który go nazwal po imieniu, wreszcie roztworzyl szeroko rece i zawolal:

- Dalibóg Gustaw!

Gustaw byl to maly i chudy mezczyzna, lat okolo dwudziestu trzech; dlugie wlosy, kasztanowatego koloru, spadaly mu prawie do ramion, krótkie rude wasy, obciete równo z ustami, czynily go na pozór starszym, niz byl w istocie.

- Cóz porabiasz, Józiu? Dlaczegos przyjechal? Do uniwersytetu? Nieprawdaz?

- Tak.

- Dobrze robisz. Nedzne bo to zycie bez nauki - mówil sapiac Gustaw. - Na jakiz fakultet myslisz chodzic, he?

- Nie wiem jeszcze, zobacze - wybiore.

- Namysl sie dobrze. Ja tu juz rok jestem, to sie moglem rozpatrzyc. Wielu zaluje za wczesnego wyboru, ale cóz robic potem? Wracac sie za pózno, isc naprzód nie ma sil. Latwiej zrobic glupstwo niz je naprawic. Jutro zaprowadze cie do uniwersytetu; tymczasem, jesli nie masz mieszkania, kaz zniesc rzeczy do mnie. Mieszkam niedaleko. Mozesz ode mnie zaczac; jak ci sie naprzykrze, poszukasz sobie innego kolegi.

Szwarc przyjal propozycje Gustawa i za chwil kilka byli juz w malej studenckiej izdebce.

- He, dawnosmy sie nie widzieli; rok jak skonczylismy szkoly - mówil Gustaw, ustawiajac kuferek i zawiniatko Szwarca. - Rok, kawal czasu. Cózes robil przez ten caly rok?

- Siedzialem u ojca, który mi nie pozwalal isc do uniwersytetu.

- A cóz mu to szkodzilo?

- Czlowiek byl dobry, ale prosty - kowal.

- A cóz teraz, pozwolil?

- Umarl.

- Dobrze zrobil - mówil kaszlac Gustaw. - Przekleta astma! dreczy mnie od pól roku. Dziwisz sie, ze sapie?... Bedziesz i ty sapal, gdy posiedzisz nad ksiazkami tak jak ja. Z dnia na dzien ani chwili spoczynku. A i z bieda gryz sie, jak pies z psem... Pieniadze masz?

- Mam, sprzedalem domostwo po ojcu: mam dwa tysiace rubli.

- Setnie!... To ci wystarczy. Mnie bieda! przekleta astma!... Oj, tak! Trzeba sie uczyc! Zaledwie wieczorem troche odetchnienia; dzien na prelekcjach, noc na robocie... Ani sie przespac! To u nas! Jak wejdziesz w nasze zycie, zobaczysz, co to uniwersytet! Dzis cie zaprowadze do klubu albo po prostu - knajpy, trzeba sie zapoznac z kolegami: dzis zaraz pójdziesz tam ze mna.

Gustaw bez przerwy krecil sie po po

Weiterlesen weniger lesen

Kundenbewertungen