text.skipToContent text.skipToNavigation
background-image

Syzyfowe prace von eromski, Stefan (eBook)

  • Verlag: Ktoczyta.pl
eBook (ePUB)
3,49 €
inkl. gesetzl. MwSt.
Sofort per Download lieferbar

Online verfügbar

Syzyfowe prace

Królestwo Polskie, lata dziewi??dziesi?te XIX wieku. Trwa okres wzmo?onej rusyfikacji. Marcin, syn szlachcica, daje si? wci?gn?? przez nauczycieli i dyrekcj? gimnazjum w dzia?alno?? propaguj?c? ide? panslawizmu - ukryt? form? rusyfikacji. Swoje zniewolenie dostrzega dopiero w atmosferze dzia?a? patriotycznych inspirowanych przez nowego koleg?, Bernarda Zygiera, wyrzuconego ze szko?y w Warszawie za dzia?alno?? w konspiracyjnych ko?ach m?odzie?owych. Swoistym prze?omem w ?yciu Borowicza jest spotkanie z Andrzejem Radkiem, ch?opskim synem, który z uporem zdobywa wiedz?. Zdarzenia, w których ch?opcy wzajemnie sobie pomagaj?, staj? si? pocz?tkiem ich przyja?ni. W utworze ' Syzyfowe prace ' nie brak te? w?tku pierwszej mi?o?ci. Marcin zakochuje si? w pi?knej pensjonarce Birucie. Po maturze ich uczucie wystawione jest na ci??k? prób?. Okazuje si? bowiem, ?e dziewczyna wraz z ca?? rodzin? wyjecha?a w g??b Rosji.

Produktinformationen

    Format: ePUB
    Kopierschutz: watermark
    Seitenzahl: 242
    Sprache: Polnisch
    ISBN: 9788379039364
    Verlag: Ktoczyta.pl
    Größe: 2363 kBytes
Weiterlesen weniger lesen

Syzyfowe prace

Rozdzial I Termin odstawienia Marcina do szkoly przypadl na dzien czwarty stycznia.
Obydwoje panstwo Borowiczowie postanowili odwiezc jedynaka na miejsce. Zaprzezono konie do malowanych i kutych sanek, glówne siedzenie wyslano barwnym, strzyzonym dywanem, który zazwyczaj wisial nad lózkiem pani, i okolo pierwszej z poludnia, wsród powszechnego placzu, wyruszono.

Dzien byl wietrzny i mrozny. Mimo to jednak, ze szczyty wzgórz kurzyly sie nieustannie od przelatujacej zadymki na rozleglych dolinach, miedzy lasami, zmarzniete pustkowia lezaly w spokoju i prawie w ciszy. Szedl tylko tamtedy zimny przeciag, wiejac sypki snieg, niby lotna plewe. Gdzieniegdzie walesaly sie nad zaspami smugi najdrobniejszego pylu, jak pylek przyduszonego paleniska.

Chlopak, siedzacy na kozle, podobny do glowy cukru, opakowanej szara bibula, w swym spiczastym baszlyku, który w tamtych okolicach od dawien dawna ulegl nostryfikacji i otrzymal swojska nazwe maslocha, i w brunatnej sukmanie - mocno trzymal lejce garsciami, ukrytymi w niezmiernych rekawicach welnianych, o jednym wielkim palcu.

Konie byly wypoczete, nie chodzily bowiem od pewnego juz czasu do zadnej ciezkiej roboty, totez pomykaly, parskajac, ostrego klusa, po ledwo przetartej, a juz znowu na pól zadetej drozynie, i sucho, jednostajnie trzaskaly podkowami o nadmarznieta, zwierzchnia skorupe sniegu.

Pan Walenty Borowicz cmil fajke na krótkim cybuszku, wychylal sie co kilka minut na bok i przygladal uwaznie juz to sanicom, juz migajacym kopytom. Wiatr go chlostal po zaczerwienionej twarzy i on to zapewne wyciskal owe lzy, które szlachcic ukradkiem ocieral.

Pani Borowiczowa nie silila sie wcale na maskowanie wzruszenia. Lzy staly bez przerwy w jej oczach, skierowanych na syna. Twarz ta, niegdys piekna, a w owej chwili wyniszczona juz bardzo przez troski i chorobe piersiowa, miala niezwykly wyraz namyslu czy jakiejs glebokiej a gorzkiej rozwagi.

Malec siedzial "w nogach", tylem do koni. Byl to duzy, tegi i muskularny chlopak osmioletni, z twarza nie tyle piekna, ile rozumna i mila. Oczy mial czarne, polyskliwe, w cieniu gestych brwi ukryte. Wlosy, krótko przystrzyzone, "na jeza", okrywala barankowa czapka, wcisnieta na uszy. Mial na sobie zgrabna bekiesze z futrzanym kolnierzem i welniane rekawiczki. Wlozono nan ten strój odswietny, za którym tak przepadal, ale za to wieziono go do szkoly. Z niemego smutku matki, z miny ojca, udajacego dobry humor, wnioskowal doskonale, ze w owej szkole, która mu tak zachwalano, przyobiecanych rozkoszy bedzie nie tak znowu duzo.

Znajomy widok wioski rodzinnej znikl mu predko z oczu; nagle wierzcholki lip, stojacych przed dworem, schylily sie na brzeg lasu, obwieszonego kisciami sniegu... Najblizsza góra poczela wykrecac sie, zmieniac, jakby krzywic i dziwacznie garbic. Wypadaly teraz przed jego oczy smugi zarosli, jakich jeszcze nigdy nie widzial, ploty z sekatych, nieociosanych zerdzi, na których wisialy przedziwne, niezmiernie dlugie sople lodu, wynurzaly sie pewne obszary puste, gdzieniegdzie okryte lodami o barwie sinawej, zimnej i dzikiej. Niekiedy las z nagla podbiegal ku drodze i odkrywal przed zdumionymi oczyma chlopca posepne swoje glebie.

- Patrz, Marcinek! zajac, trop zajeczy... - wolal co chwila ojciec, tracajac go noga.

- Gdzie, tatku?

- A, o, tu! widzisz? Dwa slady duze, dwa. Widzisz?

- Widze...

- Bedziemy teraz szukali tropów lisa. Czekaj no... My go tu zaraz, oszusta, wysledzimy, a potem palniemy mu w leb, zdejmiemy futro, i kazemy Zelikowi uszyc przesliczna lisiure dla pana studenta, Marcinka Borowicza. Czekaj no, my go tu zaraz...

Marcinek wpatrywal sie w gluche, lesne polany i zamiast rozrywki zimna bojazn na tych tropach spotykal. Z rozkosza bylby pobiegl sladem lisów i zajecy, nurzal sie w sniegu i hasal wsród przydetych zarosli, ale teraz z calego obszaru i z tajemniczych jego cieniów fioletowych wiala na niego bolesna i z

Weiterlesen weniger lesen

Kundenbewertungen